Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 sierpnia 2019

Gdzie zjeść w Warszawie? Część 4.



W ciągu ostatniego roku wiele razy byłam w Warszawie. I trochę apetycznych zdjęć z ciekawych lokali mi się nazbierało. Przede wszystkim są to miejsca z autentyczną kuchnią wietnamską, ale też m.in. chińską, japońską i koreańską, których brakuje mi w Łodzi. Jak to dobrze, że mam tak blisko do Warszawy ;)

wtorek, 26 lutego 2019

U Tato (Warszawa)



W warszawskiej restauracji gruzińskiej U Tato byłam jesienią i już miałam o niej nie pisać na blogu, ale pomyślałam, że o tak smacznym miejscu jednak warto! I od razu uprzedzam, że jeśli też wybierzecie się tam w trzy osoby, nie zamawiajcie tyle jedzenia, co w tym wpisie ;)

niedziela, 22 października 2017

Gdzie zjeść w Warszawie? Część 3.


Warszawa kulinarnie jest coraz ciekawsza, dlatego cieszę się, że niedawno udało mi się odwiedzić tam parę lokali. W dodatku takich, które z czystym sumieniem mogę polecić i do których chętnie bym wróciła.

sobota, 30 września 2017

Warung Jakarta (Warszawa)


Ostatnio dwa razy wybrałam się do Warszawy (niestety bez aparatu), przede wszystkim w celach kulturalnych i gastronomicznych ;) Sprawdzając, gdzie warto zjeść, trafiłam na indonezyjski lokal, który bardzo mnie zaciekawił - tyle dobrego słyszałam o kuchni tego kraju! Warung Jakarta to takie połączenie baru i restauracji. Dania główne i przystawki są tam podawane w koszyczkach wyłożonych liśćmi bananowca (które trochę przeciekają). Wystrój jest prosty, nowoczesny, a wnętrze przestronne.

niedziela, 6 października 2013

Gdzie zjeść w Warszawie? Część 2.


Niedawno w Warszawie odbyła się trzecia edycja Food Blogger Fest, w której miałam przyjemność uczestniczyć. Przy okazji odwiedziłam też pewne lokale, więc w końcu powstaje kolejna część mojego bardzo subiektywnego i wybiórczego przewodnika pt. "Gdzie zjeść w Warszawie?";) W dodatku już na samej konferencji mieliśmy okazję spróbować różnych dobrych rzeczy. Te, które można zjeść również kiedy indziej, to praliny z Wedla i burgery od Meet Meat.
Kawiarnie (czy raczej pijalnie czekolady) Wedla można znaleźć w wielu miastach, ale to w Warszawie znajduje się siedziba firmy. Kilka razy już w nich byłam, ale chyba jeszcze nie jadłam ich pralin. Szczególnie polecam truflowe kostki z ciemnej czekolady w porzeczkowym pudrze, czekoladki z nadzieniem karmelowym o smaku porzeczkowym oraz kokosowe. Spróbowałam tylko kilku, ale trafiłam na te, które mogłyby się stać moimi ulubionymi, więc muszą być dobre;)


Przed budynkiem, w którym odbywała się konferencja, stanął food truck z napisem Meet Meat, który od razu mnie zaintrygował. Pomyślałam, że jego właściciele wybrali to miejsce na ten dzień, bo spodziewali się wysypu głodnych blogerów;) Ale okazało się, że zaprosili ich organizatorzy i każdy mógł się poczęstować. Jadłam burgera w wersji wegetariańskiej z halloumi, ale ten tradycyjny też był smaczny. Oba wyraziste, ze sporą ilością dodatków i w przyzwoitej bułce. Nie wiem, gdzie na co dzień pojawia się Meet Meat, ale jeśli akurat na nie traficie i będziecie chcieli zjeść coś prostego i (nawet bardzo) sycącego, polecam.


Będąc w Warszawie, nie mogłam nadal omijać Charlotte;) Chciałam w końcu przekonać się, jak tam jest. Wiem, że wszyscy już tam byli, ale nie zaszkodzi przedstawić swojego spojrzenia na to miejsce;) Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre. Spodziewałam się, że wnętrze będzie trochę ładniejsze, a "klimat", który podobno ma to miejsce, natychmiast wyczuwalny. Osławieni kelnerzy, podobno zblazowani i niemili, nie byli tacy źli. Zamówiłam kanapkę z serem kozim, miodem, tymiankiem i roszponką. Podano mi ją szybko, bo leżą już wcześniej zrobione na ladzie pod szybą i poczekałam, aż przygotowane będzie zamówienie koleżanki, tosty francuskie z sokiem pomarańczowym i miodem. Na nie też nie trzeba było długo czekać, choć słyszałam, że w Charlotte często się to zdarza. W smaku wszystko też było bez zarzutu, choć to po prostu klasyczna kompozycja. Do picia polecam herbatę zieloną z różą i lawendą, a także lemoniadę widoczną na poniższym zdjęciu, bo słyszałam, że jest pyszna. Do domu, by wszyscy mogli spróbować czegoś z tego słynnego miejsca;D, zabrałam croissanta cytrynowego i z migdałami, wiśniami i rumem. Pierwszy był trochę za bardzo przypieczony i miał bardzo mało nadzienia, natomiast drugi to już co innego. Ciekawy, bogaty w smaku i porządnie wypełniony dodatkami. Podsumowując, Charlotte mnie nie odstraszyło, choć spodziewałam się różnych niedociągnięć. Wręcz przeciwnie, to przyjemne miejsce, choć jeśli chodzi o jedzenie, nie zachwyciłam się. Dlatego jestem ciekawa, jak smakują inne pozycje z menu, bo na razie nie spróbowałam zbyt wiele.


Na powyższym zdjęciu widać ladę w Christian's BakerHouse. To nowe miejsce na kulinarnej mapie Warszawy, o którym przeczytałam w poprzednim numerze Food&Friends. Spodobała mi się przedstawiona w artykule koncepcja tego lokalu, skupiająca się na pieczywie i wypiekach. Będąc tam w porze zdecydowanie nie porannej, zamiast śniadania wypróbowałam burgera z jagnięciny, z sosem miętowym i fetą (dokładniej to podzieliłyśmy się po pół z koleżanką). Był dobrze doprawiony i wysmażony, a dodatków było sporo i idealnie współgrały z mięsem. Smakowała nam również bułka, chrupiąca z wierzchu i miękka w środku. W menu wypisanym kredą na tablicach, oprócz różnorodnych pozycji śniadaniowych, znajdziemy właśnie różnego typu burgery, a także hot dogi i inne dania. Nie mogłam nie spróbować też jakiegoś ciasta, dlatego zamówiłam polecone przez kelnerką ciasto z musem czekoladowym. Trochę za dużo tego było na raz, więc poprosiłam o zapakowanie go do domu. Zjedliśmy je, gdy było w temperaturze pokojowej, ale najlepsze powinno być po schłodzeniu, nie tak słodkie i bardziej zwarte. Choć i tak było bardzo dobre, dla zrównoważenia smaku przełożone kwaśnym dżemem. Ceny są tam przyzwoite, choć koleżanka zapłaciła 12zł za małą szklankę świeżego soku pomarańczowego, co chyba jest przesadą. Już po odwiedzeniu tego miejsca widziałam niezbyt pochlebne opinie o nim, ale mnie po tej jednej wizycie nawet się spodobało. Obsługa jest tam całkiem dobra, podobało mi się również wnętrze, a samo jedzenie też było niezłe.

niedziela, 4 listopada 2012

Gdzie zjeść w Warszawie? Część 1.



Ostatnią ciepłą sobotę tej jesieni udało mi się przeznaczyć na wyjazd do Warszawy. Przecież to tylko 130km od Łodzi, więc podróż trwa ok. 1,5 godziny i nie pozwala się zbytnio zmęczyć;) Bez problemu można zdążyć zjeść tam pierwsze lub drugie śniadanie. Ja wybrałam SAM Kameralny Kompleks Gastronomiczny, żeby przekonać się, jak ten coraz bardziej znany lokal wygląda w rzeczywistości. Nie chodzi mi oczywiście o wnętrze, które jest raczej skromne, ale o atmosferę i sposób połączenia lokalu z mini delikatesami. No i oczywiście samo jedzenie.


Na szczęście po dotarciu na miejsce udało nam się go spróbować, choć prawie zrezygnowaliśmy z czekania na wolny stolik. W końcu miejsce się znalazło i mogliśmy złożyć zamówienie u bardzo miłej kelnerki. Ja wybrałam bajgla z pieczoną wołowiną i sosem z chili, który otrzymałam nadspodziewanie szybko. Był pyszny. Może smakował mi aż tak, bo byłam głodna, ale raczej  nie mogłam pomylić się co do tego, że był miękki, świetnie upieczony i wypełniony fajnymi składnikami. Spróbowałam też odrobinę szakszuki i śniadania marokańskiego, na które składa się kromka żytniego chleba z jajkiem sadzonym i awokado. Te pozycje w menu cieszą się dużym powodzeniem i widziałam je w kilku internetowych relacjach z tego lokalu, ale na mnie nie zrobiły wielkiego wrażenia – były zbyt słabo doprawione. Generalnie jednak jedzenie bardzo mi smakowało – trzeba wziąć też pod uwagę sfotografowane następnego dnia w domu pieczywo kupione w sklepiku, do którego prowadzą schody w dół, prosto z sali. Zdecydowałam się na trójkątny chleb żytni z cynamonem i jeszcze ciepły zwykły żytni na zakwasie oraz malutkie drożdżówki z różą, które podobno robią furorę. Mnie też smakowały: były delikatne, świeże i aromatyczne, choć spodziewałam się większych fajerwerków;) Za to chleb na zakwasie zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, szkoda, że nie mogę częściej odwiedzać tego miejsca.


Kilka razy czytałam o lodziarni Limoni, a zwłaszcza o tamtejszym dużym wyborze smaków lodów. Buraczkowe są mało słodkie i niezbyt smaczne raczej z tego powodu, a nie przez związek z pewnym warzywem;) Z kolei bazyliowo-cytrynowe i migdałowe udały im się w większym stopniu. Kulka kosztuje 4 zł, czytałam, że zwykle są one bardzo duże, ale chyba a) to nie jest prawda (zwłaszcza w stosunku do tych w Łodzi;D) lub b) sprzedawca tym razem nie był tak miły;)



Dopiero wieczorem znalazł się czas na wizytę w restauracji – wybrałam Bezgraniczną, by mieć możliwość wyboru dań z różnych stron świata. Ale zanim zasiądzie się do stołu trzeba w ogóle trafić na miejsce, co wcale nie jest takie proste w przypadku lokalu, który mieści się w jakimś biurowcu i nie jest zbyt dobrze oznaczony;) W końcu jednak poszukiwania skończyły się sukcesem i można było zająć się wyborem dań. W międzyczasie oczywiście przyjrzałam się wystrojowi, który każdym szczegółem nawiązuje do podróży i może robić wrażenie. Podobało mi się, że każdy stół ma blat ozdobiony mapą. Niebawem wylądowały na nich przystawki i zupy. Ja jadłam widoczne powyżej rybne ceviche, które w miarę mi smakowały, ale porcja była zdecydowanie za duża na przystawkę. Tajska Tom Yum okazała się smaczna, ale prawie nie zawierała dodatków, natomiast wietnamska Sup Ca Ri z wołowiną, mlekiem kokosowym, curry, marchewką i ziemniakami, której spróbowałam dwa razy, była niezła, o wyczuwalnym mięsnym smaku. Niestety zgrzyt nastąpił, kiedy jeszcze kończyliśmy te dania: kelnerka bardzo szybko przyniosła resztę zamówionych potraw, które musiały chwilę poczekać i na pewno stygły. Ja zdecydowałam się na Jamaica Me Crazy – krewetki (ściślej 7 dość małych) w sosie curry podane z frytkami ze słodkich ziemniaków. Te ostatnie były bardzo ciekawe w smaku, ale zabrakło mi odrobiny soli do nich. Całość jednak można uznać za udaną. Natomiast indyjski Butter Chicken – kurczak w aromatycznym sosie - przytłaczał smakiem kardamonu, choć trzeba przyznać, że był dość intrygujący. „Zwyczajne” danie, jakim jest cheeseburger wypadło chyba najlepiej: mięso smakowało bardzo wyraziście, a dodatków było sporo.

 
Po daniu głównym przychodzi czas na deser, dlatego trzeba było spróbować co nieco;) Zamówiłam pochodzący z Kolumbii mleczny budyń z cynamonem i wiórkami kokosowymi o nazwie Natilla, który widać poniżej. Spodziewałam się może czegoś ciepłego, ale okazało się, że jest to bardzo słodki, stężały deser, który był tylko posypany cynamonem. Spróbowałam też sernika, który wg mnie był tylko poprawny, oraz lodów kukurydzianych podanych z malezyjskimi Kuih Kodok, czyli okrągłymi racuszkami z bananem w środku. Ten ostatni deser był chyba najlepszy – wyraźnie wyczuwało się smak kukurydzy, który wcale nie przeszkadzał, a podane na ciepło kuleczki dobrze pasowały do lodów. Po wypróbowaniu tylu pozycji z dość krótkiego menu mogę polecić to miejsce, jeśli ktoś wybiera się do Warszawy lub jeszcze do niego nie trafił;)